środa, 29 stycznia 2020

Trochę tego i owego, czyli szybki przegląd stycznia

Ze wszystkich miejsc na świecie
najlepsze dla mnie jest to,
gdzie chce mnie Bóg.
(św. Franciszek)

Po publikacji ostatniego posta otrzymałam kilka bardzo zachęcających komentarzy, zarówno tutaj na blogu, jak i poza nim. Bardzo za nie dziękuję! Wasze słowa są dla mnie potwierdzeniem, że zamysł jest słuszny, dlatego co jakiś czas będę się dzieliła z Wami swoją wiedzą i doświadczeniami zdobywanymi w starciu z chorobami otępiennymi - to już postanowione :) Tematów chodzi mi po głowie co najmniej kilka, chciałabym je jednak opisać starannie, więc przekładam z dnia na dzień ... bo trzeba zebrać myśli, zajrzeć do notatek, czy jakiejś książki ... A każdy dzień przynosi różne powinności, więc odkładam i odkładam. Pomyślałam, że tak jak i inne domowe zadania, muszę zacząć po prostu planować czas tworzenia postów :) Dzisiejszy jest jednak niezaplanowany - ot, tak jak zwykle, przysiadłam do komputera, bo w piekarniku jeszcze dynia się piecze, a na kuchni kasza na jutrzejsze śniadanie, więc jest chwila na małe co nieco :)
Będzie więc lekko i szybko. Głównie zdjęcia. W sobotę pożegnałam moją piękną i dostojną choinkę, zabawki i dekoracje prawie pochowane, jest to więc ostatni moment by podzielić się urywkami mojej styczniowej codzienności :)

Nowy rok przyszedł w asyście fajerwerków, oby więc cały był pełen radości - tych dużych i tych maleńkich, niczym muśnięcie piórka, ulotnych niczym delikatny zapach kwiatów ...


Zaczęło się od ... odwiedzenia działki :) Tak! Tegoroczny sezon otwarty został 4 stycznia :) Tej zimy biję rekordy odwiedzin na działce. Ale cóż, pogoda sama się o to prosi. Ani śniegu, ani mrozu, a w ogródku o każdej porze roku znajdzie się coś do zrobienia. 


Cieszy mnie to, że z roku na rok szkielet ogrodu - krzewy i drzewa - stają się coraz bardziej wyraźne. Dzięki roślinom zimozielonym ogród już nie straszy, nie jest taki ponury. Pióropusze traw dodają mu tajemniczości i elegancji. Kto by pomyślał, że polubię mój ogród także w tej brunatno-zielonej odsłonie :) Postanowiłam, że na wprost ścieżki posadzę wiosną dwie brzozy. Bardzo długo się zastanawiałam jakim drzewem zamknąć perspektywę i padło na brzozy pożyteczne Doorenbos, od lat zachwyca mnie ich piękna, biała kora, powinna być ładnie wyeksponowana na tle ciemnej zieleni iglaków sąsiadów :)


Nowe życie pcha się już na świat :) Z roku na rok odstępy czasowe między jedną wiosną a kolejną wydają się skracać, jednak za każdym razem widok pierwszych młodych kiełków oczarowuje ...




W warzywniku co nieco też się dzieje




Mój sublokator ;)


"Zimowy" widok z ławki na ganku.



A w mieście? Przeważnie pochmurne dni, ale czasami pojawiało się trochę słoneczka, które starałam się zatrzymywać w obiektywie.



Jak karnawał, to ...


Pączki! Z najlepszej warszawskiej cukierni. Niby mam do niej blisko przez całe życie, ale dopiero po raz pierwszy dokonałam tam zakupu! Bo trzeba się  do niej specjalnie wybrać i najlepiej przed południem, bo sklep czynny jest tylko "do ostatniego pączka", a te rozchodzą się jak ciepłe bułeczki ;) Ale warte są swoje sławy - pychotka!


O cukierni Zagoździńskich z przedwojenną historią można przeczytać np. tutaj.


Przy Różanym Skwerze Pysznych Pączków odkryłam Ławeczkę Uroczej Babci. Jaka piękna starość, która zostawia po sobie tak dobre wspomnienia :)


W ostatniej chwili udało mi się odwiedzić wystawę "Świat polskich Wazów". Przyznaję, byłam nieco rozczarowana. Spodziewałam się więcej zabytków kultury materialnej, dokumentujących życie królewskie tamtej epoki. Być może nie zachowały się. Albo nie udało się ich na wystawę ściągnąć, tak jak to miało miejsce w przypadku dzieł sztuki, o wypożyczenie których podobno organizatorzy starali się w Rosji ... bezskutecznie.


Panorama Warszawy









Misterne hafty. Ileż czasu, ileż precyzji i cierpliwości złożyło się na ten wzór.



Czy ktoś wie, co to za rasa? Często mam wrażenie, że ras psów przedstawianych na dawnych obrazach dzisiaj już nie ma ...


Specyficzny katalog i pamiętnik z podróży, charakterystyczny dla epoki.




Spore wrażenie zrobił na mnie widok pozostałości pałacu, jakie udało się odkryć i wyłowić z Wisły kilka lat temu dzięki wyjątkowo niskiemu stanowi wód.




Podczas studiów miałam okazję czytać pamiętniki z epoki i na tej podstawie napisać pracę o życiu codziennym królewskiej rodziny Wazów. Ta praca pozostawiła w mojej pamięci inny obraz życia na dworze, niż uwypuklony przez twórców wystawy. Życie Wazów kojarzy mi się głównie ze służbą - aranżowane polityczne małżeństwa, pustki w skarbcu, wyprawy wojenne, chłód w komnatach, bo brakowało pieniędzy na ogrzanie warszawskiego zamku, zaopatrzenie w artykuły spożywcze na "pański stół" raczej skromne, kupowane "na zeszyt" - ubogo w życiu codziennym króla i jego bliskich, a na zewnątrz splendor, bo szlachta raczej niechętnie łożyła na utrzymanie swojego władcy ...

Jak dobrze móc wracać zawsze do ciepłego domu :)







Cieszę się, że choć w kameralnym gronie, to tradycja domowego kolędowania została podtrzymana :)


Dobrze było się spotkać i wspólnie pośpiewać. W tym roku śpiewniki były w komórkach ... takie czasy ;)



Przy tej okazji dostałam takie śliczne lniane woreczki - dziękuję! Powstały z przeznaczeniem na pieczywo i inne spożywcze produkty w kuchni. Są tak ładne, że żal mi je na razie brudzić ;)


Styczeń to także czas częstszego gotowania, poszukiwania nowych smaków i rozwiązań kulinarnych, a także wypróbowywanie nowej kuchennej zabawki ;) Ale o tym, co mi z tego wyszło napiszę już innym razem.



Kiedy znikła z mieszkania choinka, przestałam się opierać sklepowym pokusom w postaci wiosennych kwiatów. Bo czemu miałabym się nimi nie cieszyć już teraz? :)



Czujecie jak słodko pachną? ;)


Oby podsumowanie pierwszego miesiąca tego roku wypadło nam na plusie pod każdym względem :)

Doranma

poniedziałek, 6 stycznia 2020

O nadziei i ciasteczkach z macierzanką

Tak się módl, jakby wszystko zależało od Boga
I tak pracuj, jakby wszystko zależało od Ciebie.
(św. Ignacy Loyola)


Z nowym rokiem nowym krokiem  - znacie pewnie doskonale to powiedzenie? :) A robicie postanowienia noworoczne? Pewnie zwyczaj ten ma tylu zwolenników, co i przeciwników ;) Ja w tym roku wyjątkowo podeszłam do tematu poważnie, traktując rozpoczęcie nowego roku kalendarzowego jako pretekst i szansę do wprowadzenia pożądanych zmian w swoim życiu. Powiedzenie sobie, że coś jest nowe sprawia, że czuję się rozgrzeszona z tego, czego nie udało mi się zrobić wcześniej. Zaczynam więc od nowa walkę o "lepsze" w kilku dziedzinach swojego życia. A wspominam o tym, ponieważ jedno z postanowień dotyczy także bloga. I nie chodzi tutaj absolutnie o częstotliwość wpisów, lecz o ich treść.


W ciągu ostatnich trzech lat wspominałam kilkukrotnie lakonicznie o chorobie Rodziców i konieczności opieki nad nimi. Od kilku miesięcy zastanawiałam się, czy powinnam więcej informacji na ten temat puszczać w sieć. A jeśli tak, to po co? Dla kogo? Przypomniało mi się, że gdy zakładałam bloga, myślałam o tym, że nawet jeżeli jednej osobie moje wpisy sprawią przyjemność, jakoś pomogą, poprawią nastrój czy zmotywują do działania, to warto. I teraz moja motywacja jest podobna - może gdzieś ktoś czeka na jakąś informację, którą się podzielę i stanie się ona dla niego zachętą lub pomocą? Planuję więc, że od dziś zaczną się pojawiać na tym blogu wpisy opatrzone etykietami Alzheimer oraz Kuchnia dla seniora.


Kiedy trzy lata temu moi Rodzice zachorowali i niemal nagle z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień świadomość każdego z nich uległa znacznemu pogorszeniu, a ja stałam się jedyną osobą odpowiedzialną (po ludzku oczywiście) za ich dalszy los, gdy już wydobyłam się spod przygniatających bieżących problemów nie-do-rozwiązania, zaczęłam w panice szukać jakiś okruchów nadziei. Uchwyciłam się wówczas Pana Boga - jedynej Osoby, która wie, rozumie, interesuje się i jest w stanie pomóc. Wśród wielu ważnych i mocnych zdarzeń tamtego okresu, chcę dziś napisać o jednym. O zdarzeniu, które sprawia, że nie tracę nadziei ...


Kiedy domowy chaos został nieco opanowany i znów po wielu tygodniach mogłam na nowo zacząć wychodzić nieco z domu, pojechałam na tańce uwielbieniowe do Konstancina. To właśnie tam, na zakończenie spotkania, podeszła do mnie pewna kobieta, której imienia nie pamiętam. Uczestników wieczoru było kilkudziesięciu, prowadzących troje... a ona podeszła właśnie do mnie i nie znając mnie zupełnie, ani mojej sytuacji, opowiedziała mi historię ze swojego życia, jak to za wstawiennictwem św. Rity wyprosiła uzdrowienie z choroby Alzheimera dla swojej mamy. Ta opowieść była dla mnie, jak głos z Nieba. Odebrałam ją jako znak, którego nie chcę zlekceważyć. Bo nie wierzę w przypadki. Czy też raczej wierzę w jeden szczególny ;) Bo jak mawia moja przyjaciółka Ania, przypadek, to kolejne imię Ducha Świętego :)


Nie rozumiem Bożego planu, nie wiem dokąd mnie moje starania poprowadzą. Ale wierzę, że to nie stało się tak sobie, wierzę, że w tej sytuacji, w której się znalazłam, mam coś do zrobienia. Walczę więc. Walczę z sobą, swoimi myślami, swoimi lękami. Walczę z chorobą. To ostatnie stwierdzenie, może się wydać komuś komiczne, nierozsądne, głupie, czy zadufane. Nie szkodzi. Wiem, nie jestem lekarzem, nie jestem dietetykiem, mogę tak bardzo niewiele. Ale wierzę w Boga, który jest wszechmocny. I to mi daje nadzieję. To mi daje poczucie sensu w nawet najmniejszych podejmowanych staraniach. Reszta zależy od Niego. 
Czuję się zobowiązana, by zacząć dzielić się swoimi doświadczeniami, bo może staną się one dla kogoś nowym początkiem tak, jak dla mnie była opowieść kobiety w Konstancinie. 
Dodam jeszcze, że sama nie czytam żadnego forum o tematyce alzheimerowskiej. Wiele książek, które kupiłam, leży nieruszonych. Może to błąd. Ale ja tak bardzo nie chcę by ktoś mi podcinał skrzydła! Nie chcę pozwolić sobie odebrać nadzieję. Nie chcę czytać o tym, że to choroba nieuleczalna i że jedyne co można zrobić, to dowiedzieć się, jak się rozwija i przygotować się na to, że będzie gorzej. I nie chcę tak też pisać.
Jeżeli popełniam błąd, życie sprowadzi mnie na ziemię. Ale jeżeli jednak rację mają ci, którzy twierdzą, że można coś w tej sprawie zrobić dobrego? Jeżeli będę tylko oczekiwać na pogorszenie, to nigdy się tego nie dowiem! Tak więc walczę powolutku, po kobiecemu, głównie w kuchni i w modlitwie - ufam, że mocą Bożą - walczę z olbrzymem. A cytat, który zamieściłam na początku wpisu, jest jednym z moich drogowskazów w tej podróży.



Pierwsze źródło, z którego dowiedziałam się, że można przeciwdziałać rozwojowi demencji, było nauczanie św. Hildegardy. Innym razem napiszę więcej o tym. Dziś chcę się skupić tylko na jednej wskazówce. Św. Hildegarda wymienia wśród pomocnych dla pracy naszego mózgu produktów m.in. macierzankę. W literaturze znalazłam przepis na ciasteczka z tym ziołem. Z jednej strony w chorobach otępiennych cukier powinien zostać wyeliminowany z diety. Z drugiej - niech ktoś spróbuje to powiedzieć swoim staruszkom, dla których słodycze to często jedyna lub jedna z niewielu przyjemności w aktualnym życiu! Mój Tata czeka od samego rana na ten moment, gdy dostanie kawę i będzie mógł zjeść do niej trochę swoich ciasteczek. Mama nie ma apetytu i smak zapewne mocno zmieniony przez to, że musi łykać sól, mówi jednak, że słodkości to jedyne, co jej smakuje. Jak więc wykluczyć słodycze z ich menu? Nie ma mocnych! Jedyne co mogę, to starać się podsuwać zamiast sklepowych chemikaliów, jak najczęściej to, co sama upiekę i co ma zdrowszy skład. Pierwszym rodzajem kuchennego oręża są więc zdrowsze słodycze - ciasteczka na nerwy, na które przepis podawałam TUTAJ, oraz ciasteczka z macierzanką - dużo łatwiejsze i szybsze do przygotowania, niż te pierwsze. Przepis trochę zmodyfikowałam po swojemu.

Ciastka z macierzanką

20 dkg masła
1/2 szklanki ksylitolu
15 dkg mąki orkiszowej
4 jajka
20 dkg mąki migdałowej
1 czubata łyżka macierzanki (suszonej)
pół łyżeczki bertramu (opcjonalnie)
szczypta soli
mleko roślinne - dodawać w razie potrzeby, aby ciasto dawało się ucierać mikserem

Masło ucieramy z ksylitolem, dodając po jednym żółtku. Wsypujemy stopniowo obie mąki, macierzankę, można dodać nieco naturalnego olejku do ciasta o ulubionym zapachu i ewentualnie mleko.  Białka ubijamy osobno ze szczyptą soli, mieszamy je delikatnie łyżką z ciastem. Ciasto wykładamy łyżką na blachę w dość dużych odstępach, gdyż w czasie pieczenia ciasteczka rozpływają się na boki. Pieczemy w temperaturze 200 stopni ok. 20 minut (do lekkiego zrumienienia). 


Ciasteczka te są dość miękkie i aromatyczne. Migdały oraz bertram to kolejne dwa produkty wspierające pracę mózgu, dobrze jest więc nie stosować dla nich zamienników.


Smacznego i do następnego razu :)

Doranma