niedziela, 12 listopada 2017

W listopadzie


Dzisiaj słoneczko zaszło już przed szesnastą. Można więc narzekać... Tylko po co?
Dni bardzo krótkie i szare... No tak, zgadza się. Niektóre dni spędzam całe w pomieszczeniu bez naturalnego światła, więc nawet nie wiem,czy było słońce, czy nie... Ale oczy radują "kupki" bezowe, przyszykowane do włożenia do piekarnika z myślą o przyjeździe gości. Czyż nie są urocze?


A potem na stole... i przy stole... gwar rozmów, śmiech swobodny, wspomnienia, marzenia, plany, życzenia, smakowanie, delektowanie kubeczków języka, pożegnania i wdzięczność, że spotkać się było można, pomimo zmęczenia i zabiegania, i nadzieja na następny, piękny, wspólny czas...






Bo kiedyż w domu jest tak wyjątkowo ciepło i przytulnie, że aż nie chce się nosa za drzwi wystawiać, jak nie w listopadzie?



W codziennym menu owoce lata pracowicie zapakowane w słoiczki, teraz użyczają swoich cennych walorów smakowych i ku zdrowotności służą też. Zamiast kwiatów w wazonach ostatnie kolory ogrodu :)


A gdy zdarzy się, że przy śniadaniu słoneczko mnie zastanie - oj, rzadko, przyznaję, za rzadko - to biegnę po aparat, by jak dziecko nacieszyć się światłem radosnym.




No ale gdyby tak codziennie świeciło, to nie zauważyłabym go zapewne nawet, nie pobiegłabym, zdjęć by nie było...


A gdy nadchodzi weekend, nawet ten listopadowy, wówczas delektuję się otoczeniem na całego. Bo tegoroczny listopad jest wyjątkowy. Wyjątkowo złoto -rudo-zielony. No popatrzcie sami, czyż nie jest pięknie w listopadzie? I kolorowo :)






Floks cały w pąkach ...






Magnolia porządnie przygotowała się na kwietniowe kwitnienie. Ach, co to będzie za widok :)


No za dużo tej wody z nieba, za dużo... wszystko płynie, chlupocze, pryska ... nie wiem, które rośliny przebudzą się z zimowego snu po takiej mokrej jesieni.


Ale gdy nie patrzy się pod nogi, to jest pięknie, beztrosko, szczęśliwie - relaks na całego :)




Niektórzy chcą być piękni do końca, wystawiając kolory swoich kwiatów do słoneczka, bo przymrozków jeszcze nie było.




Inni szukają ciepełka i przysmaków na ganeczku ;)


A zdarzyło się, że wśród wczorajszej jasności chmura gradowa też się pojawiła, powiało, popadało, rozpuściło się, poszło dalej ... i już.


Słońce wyswobodzone z chmurnej szarości przejrzało się w wodnych lusterkach na trawie i milczało zachwycone swoją urodą.



Królem listopadowego ogródka został ten oto berberys, przez cały rok noszący głębokie bordo na sobie, teraz przebrał się w jaśniejszą, weselszą kolorystykę, w której bardzo mu "do twarzy" i pyszni się jak nigdy.

 

Perukowiec o tej porze wygląda najlepiej!


Wrzosy mało wrzosowe, ale są, niezawodne, jak co roku.


Obumierające piękno, obumierająca obfitość - zachwycają mnie w tym bardzo amatorskim, ale bardzo własnym zestawieniu.



Zapomniana dyńka, odnaleziona na miętowym poletku, sfotografowana i znów zapomniana...



Słońce wędruje nisko, za chwilę zniknie za ścianą lasu ... a ty, chwilo, trwaj! Przynajmniej na zdjęciach, przynajmniej w pamięci ...


Bo każdy dzień, czy majowy, czy listopadowy, czy pochmurny, czy słoneczny, darem jest. Darem, bo za darmo. Nie narzekam więc... staram się... uczę się odnajdywać piękno i błogosławieństwa w każdym dniu, w różnych okolicznościach... uczę się... wciąż... bardziej... usilniej... owocniej... I tego Wam też życzę, byśmy dostrzegali dary, na które nie musimy zasługiwać, dary, które są, wystarczy je zauważyć :)

Doranma

wtorek, 31 października 2017

Najbardziej lubię moją codzienność

Najbardziej lubię moją codzienność, tę niespieszną, zwalniającą na zakrętach, mającą czas, by spojrzeć w niebo, zachwycić się kolorami liścia spadającego z drzewa, cieszącą się plamami słońca na podłodze, smakiem jaglanki, melodią słów czytanych ...


Tymczasem od kilku tygodni moja codzienność znów ma zadyszkę, znów goni i nie może dogonić, tym razem z przyczyn zawodowych - przygnieciona korporacyjnymi wymaganiami, których i dla dwojga by było zbyt wiele, stara się złapać oddech czasami i jednak pozachwycać się troszkę, pouśmiechać, pomarzyć - wbrew powinnościom nie do dogonienia :)



Bardzo lubię poranki o tej porze roku, bo co prawda budzik dzwoni, gdy jeszcze głęboka czerń za oknem, ale w miarę upływu czasu wśród mojej krzątaniny mogę obserwować, jak wstaje nowy dzień. A gdy słoneczko także budzi się na niebie, wówczas z radością chwytam za aparat, by uchwycić i zachować choć namiastkę wyłaniającego się z szarości piękna.


Nawet gdy promyków niewiele - a tak jest tej jesieni - to od razu więcej energii w człowieku, otoczenie wydaje się cieplejsze i przyjaźniejsze, niż zazwyczaj.



Mój poranny rytuał - przy śniadaniu lektura na dobry dzień: fragment Ewangelii, komentarz lub jakiej opowiadanie, coś co umocni, będzie punktem odniesienia, nada kierunek. Niby nic, kilka minut ze Słowem Bożym, a czuję się spokojniejsza, nabieram dystansu do świata, który czeka na mnie za drzwiami mieszkania, nie zastanawiam się i nie martwię, co przyniesie dzień.


Pieszczę zmysły kolorami, smakami, rozmyślam - przez te krótkie chwile jestem bardzo "u siebie", w swoim świecie, w swojej domowej ostoi, w której, wydaje się, żadne zło nie może mnie dosięgnąć. Daje mi to poczucie przynależności do siebie, do Boga, a nie do zdarzeń, które są trudne i do ludzi, którzy nie zawsze życzą mi dobrze, a pomiędzy których życie mnie posyła. Staję się bardziej świadoma swojej wartości i wartości, którymi chcę się kierować, nabieram sił, by je urzeczywistniać.


Doświadczenia ostatnich tygodni są dla mnie nowe i ciekawe - pomimo zmęczenia, pomimo masy spraw na głowie, projektów, które staram się ciągnąć, codziennych obowiązków,  których przybyło, pracy zawodowej, której za dużo, mi się wciąż chce i chce więcej i lepiej, inaczej i bardziej :) Cudowny stan! Chciałabym go doświadczać jak najdłużej i wykorzystać jak najmądrzej. A najwięcej pomysłów przychodzi do głowy właśnie o poranku.


Październik był dla mnie pięknym miesiącem. To mój miesiąc - w październiku się urodziłam i w październiku miało miejsce wiele ważnych dla mnie zdarzeń. Lubię go także za jesienne kolory i zapachy. Za zapowiedź zimowego "odpoczynku", zwolnienia tempa.
Tegoroczny październik był bardzo różańcowy. Zaczęło się od udziału w Różańcu do Granic, który był spełnieniem kilkumiesięcznego marzenia - relację z "mojego" kawałka granicy na trójstyku Wisztyniec można przeczytać tutaj.


Gnana dobrym wiatrem, spełniłam także swoje marzenie o różańcu na palec. Chciałam by był inny, niż wszystkie, biżuteryjny. Udało mi się znaleźć osobę, która wykonała dla mnie właśnie taki niezwyczajny, nieoczywisty -  i oto jest :)



Kolejny i już ostatni różaniec przebył natomiast daleką drogę - trafił w moje ręce za sprawą przyjaciół aż z Chile.


Wrzesień i październik przyniosły mi spełnienie wielu różnych marzeń, pragnień. Przy niektórych musiałam się nieźle napracować ;) Było więc i szycie wieczorami, drobnym ściegiem, ręcznie... jakie to uspokajające!


Było pokonywanie słabości poprzez dietę oraz post. Kilka kilogramów mniej jest nagrodą :)


Były niespodzianki, czasami śmieszne, jak chociażby te grzybki w doniczce :) Ja rozumiem, że to był wyjątkowo grzybowy sezon, ale żeby aż tak?




Było przetwarzanie, suszenie, chociaż miało nie być ... I zbiory, zbiory...










Coś dla wzroku, coś dla słuchu...


Coś dla ciała, coś dla ducha ...


Cieszę się też bardzo z pokonania swojej innej słabości i doprowadzenia do realizacji zamiaru odkładanego dużo za długo, bo niemal odkąd mieszkam w tym miejscu, czyli jakieś 12 lat ;) A chodziło o regały na książki... szukałam ładnych, na wymiar, stylowych... a w rezultacie w ciągu ostatnich pięciu minut przed zakupem, wybrałam coś zupełnie innego! Najprostsze na świecie, przy okazji najtańsze, ale nie żałuję. Barwne okładki książek są już i tak wystarczająco mocnym akcentem kolorystycznym, najmocniejszym w całym mieszkaniu, pomyślałam więc, że prosty, nie rzucający się w oczy regalik, stanowiący jedynie tło dla kolorowych tomów oraz moich ukochanych antyków, będzie najodpowiedniejszy. Bardzo się cieszę z tego zakupu, mimo, że pokój stracił przez to wiele ze swojej stonowanej elegancji, ale za to nareszcie wiem, co mam! Z lubością staję przy półkach, by sięgnąć po tę lub inną książkę... Poczytuję sobie to za wielką łaskę, że żyję w takich czasach i miejscu, iż mogę mieć do nich niemal nieograniczony dostęp, nie wyobrażam sobie bez nich życia.



Prosta rzecz, a cieszy ... Podobnie jak trawy w wazonie, kwiaty na parapecie, promyki słońca przenikające przez firanki... Bo ja lubię taką właśnie codzienność :)




Październik się kończy, jutro nowy miesiąc. Jego dni są jeszcze tajemnicą, zapakowane pieczołowicie przez los, schowane przed naszymi oczami, niczym słodkości w tym pudełku :) Jutro zaczniemy je rozpakowywać, smakować jeden dzień za drugim. Wiele ludzi mówi, że nie lubi listopada, bo szaro, mokro, zimno... A ja myślę, że nie ma znaczenia jaka aura za oknem, ważne jaką pogodę nosimy w sobie. Dlatego uśmiecham się do tych jeszcze nieznanych, listopadowych dni i spodziewam się wiele dobrych chwil, szczęśliwych spotkań, ciepłych rozmów, uśmiechów, życzliwości i niespodzianek :) Niech ten listopada będzie najpiękniejszy w naszym życiu, moi Mili!


Doranma