sobota, 3 marca 2012

Moje marcowe prace przed-ogrodowe

Jeszcze za oknem buro, ale już ptasie trele z drzew i krzewów dobiegają coraz głośniej, jeszcze przymrozki nocą, ale słoneczko coraz częściej spoza chmur wyziera, a we mnie wzbiera falą chęć do rozpoczęcia prac w ogródku. Kto kiedyś połknął ogrodowego bakcyla, ten wie o czym piszę :) Dzisiejsze słońce na pewno wyciągnęło nie jedną ogrodniczkę w grządki :) A ja muszę powściągnąć niecierpliwość, parafrazując wiersz Mickiewicza:

"Za wcześnie, dziewczyno, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha."

I o ten brak suchości w moim przypadku przede wszystkim chodzi :( Bo kalendarz ogrodniczy jak najbardziej rozpoczął już odliczanie pierwszych wiosennych prac. Mi przyjdzie jeszcze poczekać.
A żeby czekanie uprzyjemnić, postanowiłam zrobić etykietki do oznaczania parapetowych wysiewów. Bo co roku ten sam problem - jakieś przyklejanie karteczek do doniczek, a czasami przykleić się nie chciało, bo przecież będę pamiętać, albo karteczka się odkleiła... A tak, to mam - prosto i darmo :) Kawałek tektury, trochę wykałaczek, kolorowa karteczka z wydrukowanym motywem, nożyczki i klej oraz dużo przyjemności z pracy manualnej :)


Teraz nie pomyli sie, gdzie bazylia, gdzie lawenda, a gdzie pietruszka naciowa, której doniczkową uprawę w tym roku po raz pierwszy wypróbuję. Nasiona bazylii wysiane tydzień temu już wychylają spod ziemi swoje główki - co za przyjemność móc to obserwować :)


Przyszedł też czas na zbiory pierwszych "plonów" ;) Posiana niedawno rzeżucha zazieleniła się, urosła, chociaż może jeszcze niezbyt gęsto, widocznie lutowe słońce nie było dla niej dostateczne, ale nawet z tej pierwszej małej porcji listków udało mi się przygotować masełko rzeżuchowe (tak sobie wymyśliłam, że skoro jem chleb z masłem i rzeżuchą, to dlaczego by nie dać jej do środka?) i sałatkę.


Zrobienie masła rzeżuchowego zajęło mi dosłownie chwilę - do miękkiego masła roztartego w miseczce dodałam posiekaną rzeżuchę oraz szczyptę płatków nagietka dla dodania koloru (suszonych, ale w maśle zmiękły), posoliłam, zawinęłam w folię formując wałeczek i do lodówki, aby stężało. I to wszystko :) Wraz z domowym chlebem i rzodkiewkami smakowało wybornie.




A na surówkę z rzeżuchą, oprócz rzeżuchy wystarczy wziąć listki sałaty, kwaśne jabłko, posiekane orzechy włoskie, olej, cytrynę, sól i cukier do smaku. Zresztą można ją dodawać do wszelkich "zielonych" kompozycji - na zdrowie :)


Dzisiejsze piękne słońce sprawiło, że i śniadanie smakowało lepiej, niż zwykle, a weekendowe zakupy stały się okazją do spaceru, z którego wróciłam z naręczem tulipanów i bazi. Powstała z nich m.in. biała subtelna kompozycja. Lubię we wnętrzach białe kwiaty.


Przełom lutego i marca, to też czas pierwszych doniczkowych przeprowadzek. Kupiona jesienią paprotka dostała nowy obszerny (za obszerny - wiem, ale urośnie :)) domek, a trzy odmiany bluszczu postanowiły zamieszkać w jednej białej kuli. Oby było im tam dobrze!




Dziękuję za odwiedziny i dobrej niedzieli wszystkim życzę :)
D.




poniedziałek, 27 lutego 2012

Post Daniela, czyli rzecz o kiszonkach

Kiedy można jeść tylko warzywa i to nie wszystkie, człowiek zaczyna poszukiwać nowych smaków, by urozmaicić sobie i - co tu owijać w bawełnę :) - uprzyjemnić okres wyrzeczeń. 
Do bardzo cennych składników zarówno Postu, jak i zdrowej diety, należą kiszone warzywa. Dlaczego? Bo nasz żołądek łatwiej sobie radzi z ich strawieniem, niż w przypadku surowych warzyw. Wspomagają oczyszczanie organizmu. Zawierają kwas mlekowy, witaminy, pożyteczne bakterie, działają jak probiotyk wzbogacając naszą florę jelitową, a dzięki temu wzrasta odporność organizmu. Nie będę się tutaj wymądrzać na ten temat, bo nie jestem ani lekarzem, ani dietetykiem - kogo temat interesuje, ten znajdzie w Internecie, prasie i książkach mnóstwo wiadomości pochodzących z wiarygodnych źródeł. Mi zależy na tym, by zachęcić do pomyślenia o jakości kiszonek i częstszego włączania ich do codziennego menu :)
Kto w Polsce nie jadł kiszonych ogórków i kapusty? Pycha - prawda? Ale okazuje się, że nie tylko te dwa warzywa można kisić - dla mnie było to niespodzianką :) Czasami zdarza mi się spotkać kiszoną czerwoną kapustę, ale nic poza tym. Postanowiłam więc samodzielnie wypróbować inne możliwości. Zaczęłam od zakiszenia... kalafiorów i buraków. W minione lato przyszła pora na kiszoną paprykę i mieszankę warzyw złożoną z kalafiora, cebuli, selera, marchwi i papryki. Przede mną jeszcze wypróbowanie kiszonej cukinii, rzodkiewek, a także owoców: jabłek, śliwek i gruszek :) Z dotychczasowych nowości na stole moim zdecydowanym faworytem jest kalafior - mogę go jeść bez niczego, jak ogórka. Kiszona papryka i mieszanka lepiej się sprawdzają jako dodatek do kasz, mięsa lub ryby. Mogą być dodatkiem do różnych sałatek. Można też z nich ugotować zupę, tak jak gotujemy ogórkową czy zarzutkę. W czasie postu wszystkie są niezastąpione! Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie :)


Kiszenie jest proste - można kisić jak ogórki zalewając solanką i dodając przyprawy typu chrzan, koper, czosnek itd. Można też zrobić to w sposób uproszczony zalewając solanką z dodatkiem soku cytrynowego (przepisy podają kwasek cytrynowy, ale ja go radzę unikać). Po ok. tygodniu już są gotowe do jedzenia. Przepis na kiszone buraki podawałam tutaj.


Wiele warzyw można kisić przez cały rok, jednak wydaje mi się, że najsmaczniejsze są te letnie, młodziutkie, które grzały się w słońcu, a najlepiej z wiarygodnego źródła, chociaż ten ostatni czynnik nie tak łatwo jest spełnić, zwłaszcza w mieście.


A gdy już zjemy warzywa, to nie wylewajmy soku ze słoika! Zwłaszcza ten od ogórków jest pyszny i ma działanie lekko przeczyszczające, co dla niektórych może być dobrą wiadomością. Moja Babcia podawała na postny obiad w miseczce właśnie taki sok z dodatkiem drobno pokrojonych ogórków i świeżego koperku, a do tego ugotowane na sypko ziemniaki polane skwarkami - proste, a jakie dobre :) Ale, ale! Podczas postu, to oczywiście o ziemniakach zapominamy :)
Smacznego i na zdrowie :)


Okres Wielkiego Postu sprzyja nie tylko zmianom i postanowieniom dotyczącym jadłospisu. Staram się, by  wśród słoików i talerzy nie zagubić spraw duchowych. Tekst, którym chcę się dzisiaj na zakończenie podzielić, to fragment Księgi Izajasza:
"Jeśli powstrzymasz w szabat swoje nogi, by w moim dniu świętym swych spraw nie załatwiać, (...) jeśli go uczcisz, stroniąc od podróży, załatwiania sprawunków i od gadulstwa (...)" (Iz 58,13)
Wreszcie dotarł do mnie jasno sens tego zdania i skłonił do zastanowienia się nad moimi niedzielami... 

Pozdrawiam ciepło,
D.

środa, 22 lutego 2012

Zapusty, problemy techniczne i co dalej?

Taki trochę spóźniony ten post, bo miał się ukazać wczoraj, ale Blogger odmówił współpracy ze mną, a ja nie mogłam dojść przyczyny :( A chciałam napisać o tym, jakie to kiedyś ostatki były ciekawe, jak się bawiono, jakie robiono żarty... No dobrze, o dwóch zwyczajach mogę jeszcze napisać, bo nie wiem kto o nich słyszał? Bo nie tylko zabawy, kuligi, wróżby i przyjęcia miały wówczas miejsce.
Jeszcze w XIX w. w szlacheckich i mieszczańskich domach w ostatkowy wtorek wieczorem jeden z gości przebierał się za księdza, stawał na stołku okrytym materiałem i udającym ambonę, z którego wygłaszał dowcipne pożegnanie karnawału. Koło północy milkła muzyka, kończyły się tańce, a na stół wnoszono tzw. podkurek, czyli kolację składającą się z jaj, mleka i śledzi, która symbolizowała przejście od karnawałowych do postnych potraw. Ciekawa jestem, czy Wasze menu też się jakoś zasadniczo różni w okresie Wielkiego Postu?


Ze Środą Popielcową był natomiast związany inny zwyczaj - pannom, które podczas karnawału nie znalazły sobie męża przypinano tzw. klocki, czyli skorupki jaj, kacze lub indycze nogi, kawałki drewna. Podejrzewam, że ten bardzo powszechny niegdyś zwyczaj zakończył swój żywot wraz ze zmianą mody, bo gdy panie zdecydowanie skróciły sukienki, a spódnice zamieniły na spodnie, to już nie było do czego owych klocków przyczepiać w sposób niepostrzeżony :) Oj, działo się kiedyś działo! Nasi przodkowie potrafili się bawić, żartować w sposób bardzo różnorodny. I co najważniejsze, nikt się za te figle nie obrażał - nie jestem pewna, czy teraz by takie zachowania przeszły ;)


A u mnie "kuse dni" minęły bardzo spokojnie, domowo i wieczorami - przyznaję - przy komputerze. Postanowiłam się zmierzyć z techniką i dodać do strony kilka gadżetów, które mi się marzyły. A że jestem osobą, która najpierw czyta instrukcję, a dopiero potem dotyka jakiegokolwiek przycisku, to zadanie miałam utrudnione, gdyż w pomocy bloggera nie wszystko można wyczytać lub u mnie wygląda to inaczej. Ale dałam radę :) Najbardziej cieszę się z muzyczki w tle, bo dzięki temu blog "ożył". Wiem, nie każdemu się dogodzi, ale ja akurat bardzo lubię strony z podkładem muzycznym sprzyjającym lekturze, więc mam nadzieję, że i Wam - zaglądającym - przypadnie do gustu :) Jeden utwór wymaga podmiany, bo jakość okazała się zbyt słaba, ale to już kosmetyka w wolnej chwili. Z Linkwithin też poszło nadspodziewanie gładko. A schody zaczęły się niespodziewanie, gdy zabrałam się za posta - nie mogłam pisać. Zmieniłam interfejs na nowy, ale to nie pomogło. A że jak mam problem, to działam dopóki nie rozwiążę, więc dzisiaj rano, jeszcze przed wyjściem do pracy, wpadłam na pomysł, żeby jednak zmienić przeglądarkę - okazuje się, że o to właśnie chodziło. Jaka była moja radość, gdy dzięki tej zmianie odkryłam wreszcie kto jest moim obserwatorem! Florentyno, Snow, Motylku - witam Was serdecznie, z opóźnieniem niezawinionym :(, to dla mnie prawdziwa frajda wiedzieć, że ktoś chce na moją stronę wracać :) Mam nadzieję, że spełnię Wasze oczekiwania :)
Kolejne odkrycie, to wreszcie wiem, które posty są najczęściej odwiedzane. Okazuje się, że wiedza na temat  Postu Daniela jest bardzo poszukiwana, co mnie cieszy i bardzo chętnie do tematu wrócę już niebawem, zwłaszcza, że okres Wielkiego Postu, jak sama nazwa wskazuje, sprzyja poszczeniu :) 


I gdy już tak zastygłam w samozadowoleniu, to przeczytałam prośbę od Snow o wyłączenie weryfikacji obrazkowej. Ufff... namęczyłam się okrutnie z tym okrutnie, dopiero po kilkakrotnym zalogowaniu pojawiła się możliwość powrotu do starego interfejsu i wyłączenia weryfikacji obrazkowej - mam nadzieję, że teraz już będzie ok? Snow, wielkie dzięki za podpowiedź!


Póki co, u mnie dziś jeszcze spóźnione przepisy na potrawy wyjątkowo niepostne, ale na przyszłość mogą się przydać, a że obiecałam je umieścić, to nie chcę już dłużej zwlekać.
Najpierw... nalewka :) Prawda, że nie postny temat? Proszę więc mnie źle nie zrozumieć- nie namawiam do picia i nie propaguję tego stylu bycia, ani w blogu, ani w realu. Wychodzę jednak z założenia, że odrobina tego i owego nie powinna zaszkodzić. Wszystko zależy od dawkowania :)
Nalewki lubię robić tylko według starych receptur, bo generalnie wszystko co z dawną kuchnią związane ma dla mnie jakąś magię w sobie, tajemnicę, która mnie przyciąga :) A że minione lato obfitowało w maliny, wśród innych malinowych przetworów znalazł się także likier creme des framboises według mojej ulubionej Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Po przeliczeniu funtów, kwart i innych miar, przepis wygląda tak:

0,8 kg malin zmiksować (w oryginale: rozetrzeć w dużej, polewanej misce) z dodatkiem cukru ( w oryginale podwójna ilość, czyli 1,6 kg, ale ja się nie odważyłam tyle wsypać, dałam też ok. 80 dkg). Tę masę zostawić do zmacerowania na dwa dni w temperaturze pokojowej. Następnie Ćwierczakiewiczowa polecała dolać litr spirytusu, ale ja znowu się nie odważyłam zrobić aż tak mocnego, wlałam zdecydowanie mniej, a i tak likier jest mocny. Po wymieszaniu ze spirytusem powinien on stać przez kilka dni w celu sklarowania, jednak u mnie żadne "męty" się nie oddzieliły i nie opadły na dno, więc postanowiłam w ogóle nie filtrować, tym bardziej, że jak spróbowałam, to poczułam tak niesamowity smak i aromat malin, że żal by było tę owocową zawiesinkę wyrzucać. Tak więc powstał trunek nieklarowny, dość gęsty, jednak tak smaczny, że trzeba uważać, aby się goście zbytnio nie rozochocili :)



Do nalewki lub likieru przydałby się jakiś słodki dodatek. Ja proponuję kolejną szarlotkę - tym razem z mąki kukurydzianej.

Składniki:
2 szklanki mąki kukurydzianej,
kostka masła (20 dkg)
1/2 szklanki cukru pudru
1 kg jabłek typu reneta itp. + cukier do smaku + cynamon na nadzienie

Mąkę siekamy z masłem i cukrem, szybko zagniatamy, ale uprzedzam, że nie będzie to bardzo szybko, bo mąka kukurydziana jest bardzo sypka, ale na pewno się uda :) Gdy już te składniki zlepią nam się w kulę, to owijamy w folię i wkładamy na godzinę do lodówki.
W tym czasie jabłka obieramy, kroimy i dusimy podlewając odrobiną wody, następnie doprawiamy cukrem i cynamonem do smaku, odstawiamy by przestygło.
Ciasto wyjmujemy z lodówki, 1/4 odkładamy, a resztą wylepiamy tortownicę (rozwałkować najprawdopodobniej się nie da). Podpiekamy na złoto w temp. 180 stopni. Po wyjęciu z piekarnika, rozsmarowujemy na tym spodzie jabłka i pozostałą część ciasta kruszymy na wierzchu, rozgarniając widelcem  równomiernie po całej powierzchni. Znowu piekarnik i tym razem pieczemy ok. 50 minut. A gdy przestygnie, to staramy się jeść powoli, bo jest bardzo smaczne, a dobrze, żeby nam na dłużej starczyło :)
Pierwszy raz robiłam ciasto z mąki kukurydzianej i byłam zaskoczona, jak bardzo jest kruche i smaczne. Sok, który wydzieli się z jabłek podczas pieczenia scala dodatkowo ciasto. Naprawdę warto spróbować :)



A na koniec jeszcze róża, którą od początku posta pokazuję. Przyszła do mnie nie wiadomo skąd... 


Wiadomo, wiadomo - z kwiaciarni :) Nie wiem, czy macie to samo wrażenie, że róża w wazonie nadaje elegancji, szyku każdemu wnętrzu? Gdy ją wybierałam, to wydawała mi się taka oryginalna... Jak bardzo poczułam się zaskoczona, gdy do mojej świadomości dotarł fakt (nie od razu :)), że jest ona bardzo, ale to bardzo podobna do róż z mojego obrazka na ścianie! 


A miała być taka nowoczesna :))) Tymczasem już na początku ubiegłego wieku jakieś dziewczę (tak sądzę) namalowało na czarnym jedwabiu róże z bardzo podobnej odmiany - właściwie te same kolory, moja świeża róża ma dolne płatki zielonkawe, a pozostałe są różowe, a te z obrazka na odwrót. Uznałam, że razem utworzyły bardzo miłą dla oka kompozycję :) 


I tym różanym akcentem żegnam się dzisiaj i mówię: dobranoc :)
D.