piątek, 11 maja 2018

Wyczekana majówka

Była, minęła i nie wyglądała tak, jak w marzeniach i planach... ale w życiu tak to właśnie bywa ;) Pogoda dopisała - lato w pełni! Okoliczności domowe też nie przeszkadzały, by zgodnie z zamiarem co rano wyruszać na działkę i wracać do domu wieczorem, by się przespać. Ale ciało... hmm... to miało inne zdanie, co do realizacji planów powstałych w głowie i nie było tak chętne do współpracy, jak mi się wydawało. Cóż, pewnie trzeba się zacząć godzić z tym, że nadszedł ten wiek, kiedy to nie "siły na zamiary", lecz "zamiar podług sił" trzeba będzie mierzyć. Ale może nie... może to tylko tegoroczna dziwna aura, która kazała nam przejść z rąk zimy wprost w objęcia lata, powoduje kiepską kondycję? - tak się pocieszam :)
Tak, czy siak - pomimo buntu "na pokładzie" - było pięknie! Robota nie zrobiona (pomimo wydajnej pomocy Ani!), ale kto by za tak szalejącą przyrodą nadążył, gdy krokusy spotkały się z szafirkami, a w tym samym czasie, co jabłonie, kwitną bzy i rododendrony - te ostatnie wystartowały o przynajmniej 3 tygodnie wcześniej! Zastanawiam się, czy jak wszystko będzie rozkwitało i przekwitało w tak szybkim tempie, to zostanie coś na lato i jesień? ;)
Póki co, zostawiam migawki z pierwszego miesiąca upalnej tegorocznej wiosny - ku pamięci ... Zwłaszcza, że jutro na pewno inne widoki pokażą się moim oczom.


Zakwitł mój prywatny bluszcz, chociaż myślałam, że tylko bardzo leciwe egzemplarze to robią, widocznie dobrze mu na magnolii.







Tarczownica wypuściła kwiatostany przed liśćmi. Urocze różowe kwiatki utrzymały się tydzień. Pierwsze kwitnienie nowej rośliny jest dla mnie zawsze bardzo ekscytujące.



Jabłonie, z którymi zimą zdążyłam się pożegnać w myślach, bo byłam przekonana, że nie przetrwają tak mokrego półrocza, wprost oszalały! Zakwitła nawet najsłabsza z nich - co prawda tylko kilkunastoma kwiatkami, np. takimi przytulonymi do pnia, jak na powyższym zdjęciu, ale z jaką wolą życia :)



Mam wrażenie, że wiele roślin kwitnie w tym roku wyjątkowo bogato. Jabłonie miały gęste pęki kwiatów, a ponieważ nie było przymrozków, to potworzyły zawiązki i za kilka miesięcy powinno być co zbierać :)


Po raz pierwszy dostrzegłam, jak kwitnie porzeczkoagrest - urocze maleństwa, prawda? Też będzie co zbierać :)




Cebulowe przetrwały tylko te, które posadziłam w listopadzie na jedynym suchszym miejscu, jakie znalazłam w ogrodzie. Znalazłam też zapomniane pudło z wykopanymi latem cebulkami - wsadziłam je teraz do ziemi, ale czy wyrosną, tego nie wiem.




Gdyby nie wolna majówka, to nie zobaczyłabym w tym roku kwitnących lilaków, tak szybko wszystko się zmienia. A o dziwo były dorodne, zimowe mokradło im nie zaszkodziło tym razem.




Zdjęcie pękających pąków rododendrona zrobione 1 maja - w poprzednich latach zawsze taki stopień rozwoju osiągał pod koniec miesiąca ...




5 maja:




Kamasja lubi podobno mieć suche nogi zimą - moja przeczy tym stereotypom i jest dużo okazalsza, niż rok temu :)
Pierwsze głogowe różyczki też cieszą.


A tu ostatnie kwiatki na jabłoni i pierwsze rozwinięte na rododendronie - zdjęcie z 5 maja.


Wszystkie kaliny poszalały - zaskakują ilością pąków kwiatowych. To się będzie działo, gdy je rozwiną!



Wszędzie widać życie :)


Udanego weekendu, moi Mili!

Doranma

czwartek, 3 maja 2018

Post, ale jaki?



Z zaciekawieniem obserwuję, że mimo, iż nie było mnie tutaj przez kilka miesięcy, to blog i tak żyje swoim życiem. 3/4 wejść na stronę podyktowane są poszukiwaniami informacji dotyczących Postu Daniela. A przecież od dawna na ten temat nie piszę. Poświęciłam temu tematowi tylko 5% moich dotychczasowych postów. I to one okazały się najważniejsze, najpotrzebniejsze. Cieszy, że post, czy też dieta dr Dąbrowskiej zrobiły się w ostatnich latach tak popularne i modne. Słyszę o nim w pracy, w tramwaju, w kolejce po chleb ... Kierowani modą, czy innymi pobudkami, myślę, że wszyscy odkrywają dobro wypływające z tej praktyki. Czuję się więc winna krótkiej "spowiedzi" z mojego poszczenia w ostatnich latach.


Minęło już niemal 10 lat, kiedy po raz pierwszy podjęłam post warzywno-owocowy. Trwał wówczas 5 tygodni - nigdy później nie udało mi się go powtórzyć w takim wymiarze czasowym, chociaż co roku podejmuję kilkakrotnie post w różnej formie. Poza postem Daniela praktykowałam też post św. Hildegardy oraz dietę oczyszczającą - jaglany detoks wg Marka Zaremby. Odpowiada mi też bardzo praktyka jednodniowych postów o chlebie i napojach (napary ziołowe, herbata), podejmowanych w konkretnej intencji, czasami to takie moje modlitewne "last minute" ;) Bardzo zmotywowała mnie do częstszego kontynuowania tej formy poszczenia lektura najnowszej pozycji autorstwa Marka Zaremby "Boży skalpel" - książka bardzo osobista, polecam. Na moich półkach zresztą pojawił się szereg książek o tej tematyce, z których korzystam na co dzień, nie tylko podczas postu.


Jakie są moje subiektywne odczucia po tych kilku latach? Przede wszystkim WARTO podejmować ten wysiłek :) Dla mnie osobiście jest to po prostu sposób na pogłębioną modlitwę. Bardzo skuteczną zresztą :) Towarzyszy mi więc zawsze jakaś intencja, w której prowadzę post. Kolejna zasada - nigdy nie planuję, ile ten post będzie trwał. Każdy dzień jest dla mnie wyzwaniem i każdego dnia na nowo proszę Boga o siły i dyscyplinę, by wytrwać i nie ulec pokusom, nie poddać się. Każdy kolejny dzień jest więc swoistym zwycięstwem osiągniętym dzięki łasce. Po trzecie - szczerze przyznaję przed sobą i Bogiem, że post traktuję także jako oczyszczanie organizmu, służące podtrzymaniu zdrowia i zrzuceniu kilku kilogramów, co zawsze cieszy.
Przekonałam się, że post Daniela jest najefektywniejszy, gdy chcę szybko poczuć się zdrowiej, szczuplej, lżej. Jednak jest dla mnie bardzo wyziębiający, więc wolę podejmować go latem - wówczas mam dodatkowy bonusik - łatwiej podczas postu przetrwać upały :)
W chłodniejszych porach roku preferuję post według św. Hildegardy - jest mniej wymagający (a przecież chodzę do pracy i wypełniam wszystkie normalne obowiązki!), przyjaźniejszy dla kubków smakowych, mniej czasochłonny, utrzymujący miłe ciepło w ciele, jednak nie daje w krótkim czasie spektakularnych efektów zdrowotnych. Natomiast zalecenia dietetyczne Hildegardy stały się dla mnie najważniejszym wyznacznikiem w codziennym odżywianiu poza okresami postnymi. Hildegardowemu gotowaniu towarzyszą jednak przepisy pana Marka Zaremby - bardzo mi odpowiada sposób, w jaki komponuje on składniki poszczególnych potraw, bardzo mi smakują. Dorzucam do nich jednak coś od Hildzi :) - zioła i orkisz zamiast jaglanki (nie zawsze). Tak więc po tych kilku latach nauczyłam się godzić ze sobą często sprzeczne zasady zdrowego odżywiania - dr Dąbrowskiej, św. Hildegardy i pana Zaremby - tworząc własny mix. Przyznaję, że w kwestiach sprzecznych raczej oddaję pierwszeństwo słowom Świętej, pamiętając, że to czego nauczała w swoich pismach było wiedzą Jej objawioną, wyprzedzającą wiedzę współczesnego Jej świata.
Reasumując - post za każdym razem jest dla mnie trudny, za każdym razem muszę się przełamywać, by go rozpocząć. Prawdziwa walka duchowa! I za każdym razem jestem szczęśliwa, że wytwałam z Bożą pomocą :)



A kto akurat nie pości, a chciałby sobie dodać nieco energii lub poprawić nastrój, to niech wypróbuje przepis na prezentowane na zdjęciach ciasteczka z Hildegardowej kuchni. Są delikatnie słodkie, ale bardzo korzenne niczym pierniczki,  i naprawdę dodają skrzydeł :)





Przepis poniżej :



I jeszcze jedna myśl na koniec: pamiętajmy, by nie dać się "sfiksować" na punkcie jedzenia, co wolno, a czego nie, by ani jedzenie, ani poszczenie nie stało się kolejnym "bożkiem". Mi pomaga utrzymywać równowagę słowo Pisma Świętego: "Nie zioła ich uleczyły, ani nie okłady, lecz Słowo Twe, Panie, które wszystko leczy" !

Miłej końcówki pięknego majowego tygodnia!
Doranma

wtorek, 17 kwietnia 2018

Jestem, jestem :)

Po długiej przerwie trudno się zabrać do pisania, zwyczajnie człowiek wychodzi z wprawy ;) Tak się jednak jakoś złożyło, że tej zimy zupełnie nie ciągnęło mnie do komputera. Wolałam swój rzeczywisty świat, niż ten wirtualny. Chociaż przyznać muszę, że po przeszło 6 latach funkcjonowania na bloggerze, nie da się o nim tak po prostu zapomnieć. Ludzie, których tutaj poznałam, inspiracje, z których wciąż korzystam, towarzyszą mi w codziennym życiu - myślę o Was, o Waszych światach, które pokazujecie. Bardzo się cieszę, że pewnego wieczoru przed laty trafiłam na blogowisko i już zostałam :) Ale jak w każdej dziedzinie życia, czasami trzeba sobie zrobić urlop! Słowa pewnej Osóbki, której osobiście nie znam niestety, ale wiem z wiarygodnego źródła, że jest Osobą, którą warto znać, zmobilizowały mnie do tego, by dziś dać o sobie znać. Pamiętam, że gdy z ogromną nieśmiałością pisałam pierwszego posta, mówiłam do Pana Boga, że nawet jeżeli jedna osoba będzie chciała to czytać, to warto dla tej jednej pisać. Wierna tamtej modlitwie, wracam. 


Dziś na rozgrzewkę tylko zdjęcia dokumentujące ułamki codzienności ostatnich miesięcy - głównie te kwiatowe, a jakże! :)



















Hi, hi, wiecie co to jest na zdjęciu powyżej? :)


Na balkonowy ogródek trzeba było w tym roku dłuuugo czekać ...










Najgorzej zacząć, więc myślę, że wkrótce możecie się mnie tutaj spodziewać, zwłaszcza, że wiem, o czym chciałabym Wam napisać. Udanej środy zatem życzę i do przeczytania!

Doranma