poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Marynujemy wiśnie

Niewiele by brakowało, a przegapiłabym koniec sezonu wiśniowego. Tak się przyzwyczaiłam do tego letniego bogactwa owoców na straganach, że dopiero kilka dni temu dotarło do mnie, że wkrótce wielu z nich już nie będzie. A przecież zimą obiecałam Wam przepis na marynowane wiśnie! - o, tutaj.


Przepis znalazłam w książce Lucyny Ćwierczakiewiczowej, do której bardzo lubię sięgać: "Jedyne praktyczne przepisy konfitur, likierów, marynat, ciast itp." Stare przepisy dają mi poczucie ciągłości, przynależności, łączności z pokoleniami przodków. Uwielbiam według nich gotować i wyobrażać sobie, że oni też tak jedli :) Oczywiście rzadko udaje się zrealizować jakiś przepis dosłownie, najczęściej trzeba wprowadzić modyfikacje, więc zabawa przy tym jest jeszcze lepsza :) A pani Lucyna znana była z tego, że gotowała słodko, z założenia więc pomniejszam podawaną przez nią porcję cukru przynajmniej o połowę. Tak też było w przypadku przepisu, który za chwilę, tym bardziej, że zastosowałam fruktozę, słodszą, ale ponoć o niższym indeksie glikemicznym, niż biały cukier (sacharoza). W roli zamiennika świetnie sprawdziłby się też ksylitol.


Do drylowania użyłam urządzenia z panieńskiej kuchni mojej Mamy, które prezentuję na powyższym zdjęciu. Czy ktoś jeszcze takie ustrojstwo pamięta? ;)

Ale zacznijmy od oryginału:
Piękne, dojrzałe czarne wiśnie lub tak zwane hiszpanki, obrać z korzonków, włożyć w wazę lub słój kamienny, polać przegotowanym i ostudzonym octem, biorąc na garniec wisien 2 funty cukru i kwartę octu. Na drugi dzień odlać ten ocet, przegotować i zalać ciepłym. Na trzeci dzień powtórzyć przegotowanie, wsypać kilkanaście goździków i gorącym polać wiśnie. Czwartego dnia można przelać do szklanego słoja, obwiązać pęcherzem i zachować w suchej piwnicy lub spiżarni. Ocet nie potrzebuje być najmocniejszy, ale jednak dobry.

No i jak, nabrałyście ochoty na to przetwórstwo? :) Dla ułatwienia podaję przeliczniki miar stosowanych w powyższym przepisie:
garniec = 4 kwarty = 3,77 litra (zaokrąglam do 4)
funt = 40 dkg
kwarta = 1 litr



A teraz moje proporcje: na litr wydrylowanych owoców 1/4 litra octu jabłkowego 6-procentowego i 8 dkg fruktozy (w przypadku zwykłego cukru oscylowałabym między 15 a 20 dkg, zależnie od upodobań smakowych). Zachowałam 3-dniową procedurę zalewania coraz cieplejszym octem, po wystudzeniu garnek przechowywałam w lodówce. Trzeciego dnia wiśnie rozłożyłam do słoiczków, a po zalaniu ich wrzącym octem zapakowałam pod kocyk, by się zamknęły. I to już :)


Lubię takie przepisy, w których czynności można rozłożyć na kilka dni, bo dzięki temu nie muszę wygospodarowywać specjalnie czasu na przetwarzanie - podgrzanie octu i zalanie nim owoców można spokojnie wykonać między innym codziennym gotowaniem. Najwięcej czasu zajmuje samo przygotowanie owoców i potem zapakowanie do słoików. Ile? Wszystko zależy od ilości przerabianych owoców, osobiście lubię działać na małych porcjach. Ocet, który zostanie zimą wykorzystuję jako dodatek do różnych sałatek, bo jest smaczny i znacznie zdrowszy od spirytusowego.


Mam nadzieję, że się nie spóźniłam z tym swoim przepisem i że w tym tygodniu będzie można jeszcze kupić wiśnie, w najgorszym wypadku zachowajcie przepis na kolejny rok. Ciekawa jestem kto się na niego skusi - dajcie znać jak Wam poszło :)


Kuchenne pozdrowienia ślę :)
Doranma

13 komentarzy:

  1. Same ciekawostki jak dla mnie.
    Jeżeli chodzi i pasteryzowanie owoców to chyba bardziej leniwa jestem , albo pospolita.
    Wiśnie , czereśnie i inne owoce zamykam jedynie w towarzystwie cukru.Na niewielkie szaleństwo i marynaty porywam się jedynie z gruszkami i zielonymi pomidorami.Jedynie mąż mój ma bardziej wyrafinowane i wysmaczone podniebienie i lubi się zajadać takimi rarytasami .
    Może w przyszłym roku spróbuje.
    Uwielbiam patrzeć na jego wyraz twarzy ,kiedy pakuje do ust wszelkie " nowości" .
    A drylownica -zachwyca.
    Zastanawia mnie fakt , czy dużo jest sprzątania po jej użyciu ?
    W moim domu ostatecznie wiśnie dryluje się najzwyklejszym spinaczem biurowym.Wszelkiego typu bardziej skomplikowane urządzenia okropnie brudziły lub z wiśnie przetwarzały na miazgę, zatem szukałam innych rozwiązań.
    Mniam , mniam cudownie jest w zimowe chłodne dni wziąć taki słoiczek do ręki i odpłynąć.
    Czekam na dalsze relacje-inspiracje .
    pozdrawiam K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No któż inny mógłby napisać o poranku, jeśli nie Kate :) Bardzo się cieszę z Twoich odwiedzin i komentarzy - dziękuję :)
      Co rok staram się wypróbować kilka nowych przepisów. Niektóre idą w zapomnienie, inne powtarzam w kolejnych latach, jeżeli są udane. Tradycyjne i sprawdzone, rodzinne przepisy oczywiście też realizuję. Nie wiem w czym tkwi urok robienia przetworów, ale ja to po prostu uwielbiam! I tylko żałuję, że mam na nie tak mało czasu. Dziś np. specjalnie wzięłam dzień urlopu, by zakisić ogórki i zrobić sok malinowy. Właśnie wróciłam objuczona z bazarku i zabieram się do roboty. Zachęcam Cię do eksperymentowania z przetworami, jest w tym masa frajdy :) A żeby się nie narobić i nie zmarnować owoców lub warzyw, gdyby efekt Wam nie podpasował, to warto zaczynać od małych porcji, tak na próbę. Co do drylowania, to jeżeli mam więcej wiśni do przerobienia, pożyczam od Mamy współczesną drylownicę, jeśli owoców jest mało - posługuję się tą z fotografii. Jeżeli uzywa się ich z wyczuciem, to sprzątania nie jest dużo ;) Przyznaję szczerze, że nie wiedziałabym, jak usunąć pestkę przy pomocy spinacza lub spinki do włosów. Uściski :)

      Usuń
  2. Wspaniała prezentacja, wspaniały przepis:) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo i zachęcam do wypróbowania :) U mnie na bazarku były jeszcze dzisiaj ostatnie wiśnie. Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy przepis. Mam książkę Lucyny Ćwierczakiewiczowej ale jakoś nie zwróciłam uwagi na marynowane wiśnie.
    No, no pierwszy raz widzę taką drylownicę. Najcenniejsze, że to pamiątka, od Mamy. U mnie w ogrodzie wiśnie się już skończyły. Czy są na targu?przyznaję, ze nie wiem. W tym roku zrobię jeszcze tylko aronię. Od soboty pada deszcz, więc wszystkie maliny idą na wino. Może po 7 września uda mi się zrobić sok malinowy.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lusiu, łatwo przeoczyć ten przepis, gdyż jest w rozdziale "Kompoty ostre", co nam współczesnym raczej z marynatami się nie kojarzy ;) Bardzo jestem ciekawa co robisz z aronii? Moja czeka drugi tydzień na balkonie na przerobienie i chętnie bym spróbowała nowego przepisu. Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Może jeszcze w sobotę na targu dostanę wiśnie, to spróbuję zrobić, bo wyglądają pysznie. Dobrze, że przełożyłaś przepis na "ludzki język", bo z oryginałem miałabym trudności :) Słoiczki też prezentują się wybornie :)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię zachęciłam :) Sprawdź koniecznie zasoby targu, bo w różnych rejonach Polski owoce kończą się w innym czasie, więc nie wiem, jak to wygląda u Ciebie. Mam nadzieję, że się uda :)

      Usuń
  5. jeszcze nie jadłam marynowanych wiśni, ale pewno są pyszne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, owszem :) Fajnie, że wróciłaś :)

      Usuń
  6. O, takie wisienki muszą być bardzo dobre :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń