niedziela, 8 czerwca 2014

Truskawki i róże

Dzisiaj ważne święto kościelne - Zielone Świątki, czyli Zesłanie Ducha Świętego. Po wczorajszej niezwykłej wigilii tego święta, o której gdzie indziej i kiedy indziej, postanowiłam dzisiaj świętować... na zielono, czyli na łonie natury :) Ogród jest w tej chwili chyba najbardziej "wypchany" zielenią, jeszcze pełen zapachów późnowiosennych kwiatów i ochoczego świergotania ptaków, bzykania i kumkania. Dla mnie to prawdziwe święto, oglądać go i czuć nie znad łopaty czy gracki, lecz z poziomu leżaka. Dla takich chwil, jak dziś, pracowałam ciężko od wiosny. Odtąd, mam nadzieję, takiego błogiego rozkoszowania się przyrodą, będę miała więcej. Wszystko posiane, posadzone, zostało pielenie i zbieranie plonów. No i jeszcze kopanie, ale to nie dziś :) A skoro o plonach mowa, to może ktoś da się skusić na koktajl z działkowych truskawek? Nareszcie są! Z własnego, niepryskanego krzaczka smakują wybornie - truskawki i poziomki, słodkie nawet, gdy nie całe jeszcze czerwone, bo wygrzane w słońcu i świeże. Jem je powolutku, bez żadnych dodatków, by dłużej smakować tę słodycz na języku :)
Zapraszam :)







 Spodziewałam się w ten weekend szaleństwa na krzewach róż, jednak zimne i mokre dni w minionym tygodniu spowolniły rozwój pąków. Tylko dwie, pnąca no name i Louise Odier widać z daleka, pozostałe potrzebują jeszcze kilku dni. Ale tylu pąków na swoich krzewach nie widziałam nigdy :)







Wszystkim Dziewczynom, które przesłały swoje komentarze po ostatnim poście, chcę serdecznie podziękować. Zrobiłyście mi ogromną niespodziankę i przyjemność pochwałami pod adresem mojego ogródka :) Oj, jak ciepło zrobiło mi się na amatorsko-ogrodniczym duchu :) Kto, jak nie właściciel, zna najlepiej wszelkie mankamenty swojego ogrodu? Maja Popielarska napisała świetny felieton w ostatnim numerze "Zieleń to życie" na temat powszechnego u ogrodników niezadowolenia ze swojego ogrodu. To ona też??? Hmm... dzięki Maju za to wyznanie, jakoś mi teraz raźniej :) Po tej lekturze łatwiej mi było przyjąć prośbę Niezapominatki o więcej zdjęć wnętrza ogrodowego, a nie tylko zbliżeń roślin. Przyznaję, że tych "planów" boję się jak ognia. Tzn. robię ich dużo, ale dla siebie, by zimą móc rozmyślać nad ulepszeniami. O rozplanowaniu swojej działki jestem tak złego zdania, że z trudem przychodzi mi publikowanie takich zdjęć. Jednak Wasze ciepłe słowa pozwoliły mi nieco uciszyć samokrytykę. Postaram się by szerszych ujęć było więcej, bo przecież sama takie uwielbiam u innych oglądać :) Aha, i jeszcze chcę dodać, że nowego aparatu nie mam, jak to Niezapominatka podejrzewała, po prostu czasem się pstryknie lepiej, czasem gorzej, jedne rośliny są bardziej fotogeniczne a inne mniej ;) A co do dylematu, która gleba trudniejsza do uprawy, gliniasta, czy piaszczysta, to uważam, że one w sumie są do siebie podobne - jedna i druga potrzebuje dużo próchnicy dla poprawy struktury, kaprysy jednej i drugiej trzeba poznać i ... polubić :)


 Szukając cienia...


Talibra poprosiła o sfotografowanie bliżej kwiatu irysa o pasiastych liściach  - proszę, ostatni już, dla Ciebie :) Podobny do syberyjskiego, ale jednak nie całkiem.


Poniższe cudne kielichy nie są ani truskawkami, ani różami, ale są różowe, więc też pasują do tego posta :) Uwielbiam zaglądać w ich pokrapiane gardziołka.



Dobrego tygodnia życzę wszystkim zaglądającym "Pod szerokie niebo" :)
Doranma




poniedziałek, 2 czerwca 2014

Majowe dni w CzuBAJKOWYM Ogrodzie

Bajkowy to on jest pewnie tylko w moich oczach, ale nazwa tej zimy przyszła mi do głowy  i tak już zostanie :) Zadziwia mnie moja własna "niekreatywność", że dopiero po latach wpadłam na tę grę słowa w słowie ;)
Ostatnie tygodnie kalendarzowej wiosny należą do moich ulubionych, więc tak czy siak - jest bajecznie! Roboty co prawda w tym czasie huk, bo wszystko rośnie ze zdwojoną siłą, zwłaszcza, gdy ciepło i mokro, ale ilość świeżej zieleni dookoła wprawia mnie nieodmiennie w doskonały nastrój. Z jednej strony żal mi, że wiosna już taka dojrzała i wkrótce przemieni się w lato, ale z drugiej - nie mogę się doczekać kwitnienia róż i lilii, zwłaszcza tych nowych, sadzonych jesienią.
Chętnych zapraszam teraz na wspominkowy spacer po majowym ogrodzie.


W pierwszej połowie miesiąca nadal kwitły tulipany. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia w prezentowanej odmianie Formosa. Początkowo ich stulone główki były niemal w całości zielono-kremowe, jednak z każdym dniem przybywało na płatkach koloru różowego, aż wybarwiły się bardzo intensywnie, jak na fotografii. Kwitły długo, bo przez trzy tygodnie, dlatego gorąco polecam tę odmianę. Sama będę jesienią ich poszukiwać, aby posadzić więcej.



White Parrot był na pewno najbardziej "fikuśnym" kwiatem tej wiosny - nie wiadomo gdzie się zaczyna, a gdzie kończy ;)


I na koniec przedstawiciel odmian strzępiastych - jego wyjątkowość polega na tym, że nie rozchylał całych płatków na boki, lecz jedynie wywinął końcówki płatków na zewnątrz. A dodatkowo miał bardzo delikatną kolorystykę - różowo-kremową. Nazwy nie pamiętam, ale dla chętnych mogę poszukać.



Kolejne tulipany dopiero za rok!



Różne odmiany żonkili zdobiły działkę przez pełne dwa miesiące - ostatnia kępka pachnących kwiatów przekwitła w połowie maja.


Następnie przyszła pora na Władysława Łokietka - ten zwarty rododendronowy krzew kupiłam jesienią z ekspozycji wystawy Zieleń to życie. Bardzo dobrze przetrwał zimę, jedynie wiosenne słońce nieco przypiekło mu kilka listków, ale to już moja wina, że go nie zabezpieczyłam. Nie wszystkie pąki rozwinęły się (może to też wina nadmiaru słońca), jednak teraz ma bardzo ładne przyrosty, więc przyszłoroczne kwitnienie spodziewam się, że będzie już pełne. Kolor też się zmieniał, początkowo był nasycony różowy, aby po kilku dniach przejść w pastelowy odcień, którego się spodziewałam.


Te dwa czosnki to moja chluba i niespodzianka. Sadziłam je wielokrotnie, ale w mojej gliniastej glebie nigdy nie przetrwały kolejnej zimy. Dla tej cebuli udało mi się nareszcie znaleźć odpowiednie miejsce, skoro odwdzięcza się ponownym kwitnieniem i w tym roku ma już dwa kwiaty. Ot, taka mała radość :)



Orliki zdobią różne zakątki.



Ale stopniowo łubiny wysuwają się na prowadzenie.



Ileż wdzięku jest w tych pospolitych kwiatkach.



Podoba mi się nowy irys bezbródkowy (no name, bo kupiony na targu) z biało pręgowanymi liśćmi w towarzystwie różowo kwitnącej lepnicy i  złotego oregano.


Czasami wystarczy tylko jeden, prosty jak świeca kwiat naparstnicy na tle ściany zieleni, by było pięknie.


Wiosenne liliowce rozsiewają po ogrodzie swój silny, słodki zapach. Uwielbiam je również za bezobsługowość. Zaobserwowałam jednak w tym roku, że warto je dość często dzielić, aby nie pokładały się pod ciężarem kwiatów, deszczu i wiatru, jak te na powyższym zdjęciu. Duża rozrośnięta kępa wygląda pięknie, ale nie wtedy, gdy wszystkie kwiaty i liście leżą "pokotem".



Powojniki i róże wyglądają tak, jakby tylko czekały na słowo "start". Spodziewam się, że za tydzień czeka mnie różane szaleństwo :) Poniżej Louis Odier.



Peonie też już wystartowały. Ta powyżej miała być Sarą Bernhardt, ale raczej nią nie jest... Natomiast Bowl of Beauty poniżej,  jak co roku niezawodna :)



A czy ktoś rozpozna ten kulisty kwiatostan? Powyżej widać na jakich potężnych łodygach się wznosi. Czekam również na pomysły na zagospodarowanie tej rośliny :)



I jeszcze rododendron Nova Zembla, który w tym roku rozwinął kwiaty dość "oszczędnie". Może to jego odpowiedź na wiosenne, dość mocne podcięcie.


Wczorajszy pierwszy zbiór owoców  - borówki kaukaskiej - zapowiada okres, gdy będziemy cieszyć się na całego plonami naszej pracy. Również warzywnik, mimo, że późno obsiany, zaczyna dostarczać nowalijek: rzodkiewek, szczypiorku, sałaty. Kocham ten czas!

W miejscowej faunie też sporo się dzieje. Największe wydarzenie, to narodziny trzech kociaków - nieboraków w sąsiedzkiej altanie. Mają dopiero kilka dni, więc nie chciałam niepokoić kociej mamy aparatem fotograficznym. 


A to prawdopodobnie sprawca całego zamieszania, który od ubiegłego lata towarzyszy mi w pracach ogrodowych odstraszając skutecznie nieproszonych, mysich gości.


Ptaszki też uwijają się wokół swoich gniazdek. Po raz pierwszy udało mi się zobaczyć z bardzo bliska słowika, ale są też inne gatunki, których niestety nie umiem nazwać, ani sfotografować, bo zawsze gdy jest okazja, to aparat daleko... Różnej maści żabki objadają się ślimakami, które pojawiły się w tym roku w hurtowych ilościach i opanowały warzywnik. Od miesiąca również odnotowuję z wielkim zadowoleniem wielki BRAK - brak komarów, hi, hi :) Nie wiem co ma wpływ na taki obrót sytuacji, ale w tym roku na razie jest ich niewiele i tylko wieczorami dokuczają. Natomiast w ciągu dnia można bez przeszkód pracować i wylegiwać się na leżaku... jeśli ktoś o tej porze roku ma na to czas ;)

Dziękuję Wam za ten wspólny spacer - miło mi było gościć Was w CzuBAJKOWYM :) 
A ja już odliczam dni do weekendu, bo przecież to już ostatni dzwonek, by posadzić pomidory i wysiać fasolkę - opóźnienia mam w tym sezonie okropne. Uściski!

Doranma

wtorek, 27 maja 2014

Co się odwlecze, to nie uciecze

Na początku trochę się pokajam... Rok temu ogłosiłam konkurs jajeczny na najciekawszy, moim zdaniem, przepis wykorzystujący białka z jajek. Nagrodą miał być jakiś "hand made" mojego wykonania. No i jest, ale dopiero teraz...  Dziewczyny już pewnie straciły nadzieję, zapomniały :( A prawda jest taka, że to "coś" od razu wzięłam na szydełko, lecz u mnie jest tak, że pomimo ogromnej przyjemności, jaką sprawia mi szydełkowanie, mam na nie czas jedynie... w świąteczne popołudnia. Wniosek z tego taki, że gdyby świąt było więcej, to i własnoręcznych produktów by było więcej, i osób obdarowanych również ;) Wyznaję jednak zasadę, że lepiej późno, niż wcale, więc jutro wyprasowaną serwetkę pakuję do koperty, aby pojechała do cierpliwej Bustani. Mam nadzieję, Kochana, że sprawi Ci troszkę przyjemności :) I że się przyda, bo zastosowań dla tej robótki można znaleźć wiele: tradycyjnie serwetkowo, jako ozdoba klosza lampy, zagłówka fotela, obrazek na ścianę, wyściółka w koszyczku lub... zapchajdziura w szafie ;)

 
 



Pozostając w temacie jajecznym, chcę się podzielić dziś innym, ostatnio wypróbowanym i bardzo prostym przepisem z wykorzystaniem białek - na kokosanki. Zaczerpnęłam go z otrzymanej jakiś czas temu książki pani Katarzyny Michalak, "Przepis na szczęście". Sądzę, że jeszcze z kilku prostych przepisów z niej pochodzących skorzystam w przyszłości. Przepis cytuję za autorką:

Bardzo proste kokosanki

Potrzebujemy:
2 szklanek wiórków
1/2 szklanki cukru
2 białek jaj

Ubijamy białka na sztywną pianę (nie zapominając o szczypcie soli), dodajemy stopniowo cukier, ciągle ubijając. Gdy piana z cukrem jest gotowa, dodajemy wiórki, mieszamy stanowczo, acz delikatnie. Układamy na blasze małe, zgrabne kokosanki, wkładamy do nagrzanego do 160 stopni piekarnika, pieczemy 10 - 12 minut na piękny, złoty kolor (ja trzymałam znacznie dłużej, bo jakoś złotego koloru nie mogłam uzyskać i zanadto wysuszyłam, więc czas pieczenia trzeba samodzielnie wyczuć, zależnie od posiadanego piekarnika).

 
 

Jutro już półmetek kolejnego tygodnia. Czas pędzi w nieznane jak opętany. Oby przyniósł jak najwięcej dobrych chwil i powodów do radości. Dobranoc :)
Doranma