niedziela, 12 stycznia 2014

O gościńcach i o kilku ulubionych książkach

Ciekawa jestem, czy w Waszych rodzinach kultywuje się zwyczaj przywożenia podarków z podróży, czyli tzw. gościńca? W moim domu zawsze tak było, że po dłuższej nieobecności przywożono upominki. Rodzice także wychodząc na przyjęcia sami, wracali zawsze z czymś dobrym dla mnie: kawałkiem ciasta, cukierkami, a ja wiedząc, że nie wrócili z pustymi rękami, już od progu zaglądałam do maminej torebki, by sprawdzić, czym tym razem się uraczę :) Bardzo cenię tę przemiłą tradycję i chętnie ją podtrzymuję. Nawet z jednodniowych wyjazdów staram się przywieźć jakiś drobiazg najbliższym, choćby to miał być bukiecik kwiatów, czy czekoladka. Sobie samej też robię prezenty podczas wyjazdów, co więcej, mogę stwierdzić, że na poziom zadowolenia z podróży wpływa poziom zadowolenia z przywiezionych do domu zakupów :) A kupuję różne rzeczy: najchętniej coś do domu, na drugim miejscu coś smacznego, np. różne herbatki, które przez kolejne tygodnie i miesiące budzą miłe wspomnienia z wyjazdem związane, czasami są to też rzeczy osobiste i książki. Jednak najbardziej usatysfakcjonowana jestem, gdy z każdej z tych kategorii coś upoluję, ale to tylko podczas dłuższych wycieczek :)
A cały ten wstęp piszę po to, by podzielić się radością z przywiezionych z ostatniej wyprawy nabytków.
Przede wszystkim lampa, którą miałam na oku już od kilku lat. Zaczęło się wszystko od tego zdjęcia:


Poza świetnym zestawieniem barw, urzekła mnie lampa - wysoka i wąska, a do niej trapezowy klosz, który ma według mnie świetną proporcję szerokości do wysokości.
Zaczęłam więc dostrzegać takie lampy także na innych zdjęciach w moich ukochanych albumach wnętrzarskich, które mogę oglądać bez końca i stały się dla mnie źródłem mnóstwa inspiracji.




 Poniżej jedno z  moich ulubionych zdjęć - zieleń i kwiaty, i przytulne stylowe siedziska zapraszające do długich rozmów, wszystko rozświetlone delikatnie dzięki dużym oknom. Idealnie :)


A wszystkie te piękności możecie znaleźć w poniższych albumach, które gorąco polecam miłośnikom antyków i angielskich wnętrz. Od dziecka najlepiej czułam się wśród starych, zabytkowych przedmiotów, zawsze marzyłam, żeby mieć tak urządzony najpierw swój dziewczęcy pokoik, a potem własne mieszkanie. Pierwsze zarobione pieniądze, jeszcze w liceum, przeznaczyłam na zakup stylowych sprzętów. Podczas wakacji wstawałam dzielnie rano i jechałam do pracy, a po drodze rzucałam tęskne spojrzenie przez okno antykwariatu na upatrzoną lampę naftową. Lampa ta ostatecznie nie stała się moją własnością, miesięczna pensja okazała się zbyt skromna ;) Ale motywację do pracy miałam dzięki niej ogromną :)
Dzięki albumom, które Wam pokazuję, nauczyłam się jak eksponować i zestawiać ze sobą antyki ze sprzętami stylizowanymi, jak dekorować i dodawać pomieszczeniom przytulności. Wiele inspiracji stamtąd zaczerpniętych wciąż czeka na realizację... w większym mieszkaniu ;) Książki gorąco polecam.


A wracając do gościńca - noworocznym pierwszym zakupem okazała się poniższa lampka, na którą miałam "chrapkę" już od kilku lat, wahałam się, bo nie jest idealnie taka, jak z marzeń, lecz w końcu zdecydowałam się ją kupić i po przywiezieniu do domu stwierdziłam, że to była bardzo dobra decyzja mimo, że klosz nie posiada tych wymarzonych proporcji - kiedyś go zmienię, a póki co, cieszę się taką, jaką jest. Oto moja pamiątka z ostatniej podróży w kąciku, w którym piszę do Was moje posty :)









W Lublinie, na tamtejszym targu staroci udało mi się spełnić tym razem jeszcze dwa inne marzenia - do domu wróciłam z dawnym naczyniem na wodę w objęciach oraz bardzo praktyczną i piękną łyżką do sosów.


Miedziane naczynie pełni funkcję osłonki na doniczkę, a platerowana łyżka czeka na gości. Zachwyca mnie sposób, w jaki zdobiono kiedyś przedmioty codziennego użytku i ich trwałość. Tym, którzy chcieli by poczytać, dowiedzieć się czegoś więcej o tym jak kiedyś urządzano mieszkania, jak sobie radzono z codziennymi zajęciami domowymi, jakich sprzętów używano, zachęcam do lektury książki Elżbiety Koweckiej "W salonie i w kuchni. Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów polskich w XIX w." To pozycja, moim zdaniem, dotąd niezastąpiona.


 A do miłej lektury na pewno warto zasiąść z ulubioną filiżanką aromatycznej herbaty.


Miłej niedzieli, moi mili :)

środa, 1 stycznia 2014

Święta, Święta i już po...

Tegoroczny okres okołoświąteczny kończy się dla mnie tego wieczoru. Kilka dni urlopu między Świętami a Nowym Rokiem wystarczyło, by zafundować sobie nieco dłuższe wakacje. Pogoda iście marcowa: słoneczko, zieleniejąca trawa, tu i ówdzie kwitnące prymulki oraz pęczniejące coraz bardziej pąki lilaków. W kwietniu podczas Świąt Wielkiej Nocy mieliśmy w tym roku zaspy śniegu, a w Boże Narodzenie wiosenny powiew. No i cóż, źle było? Ot, takie pogodowe niespodzianki. Kocham białe Święta, lecz na obecną aurę nie uskarżam się zanadto, bo po minionym wyjątkowo krótkim sezonie (wiosna przyszła tak późno!), wielu pochmurnych weekendach, z radością witam każdy promień słońca zaglądający do domu.


W tym roku udało mi się przygotować do Świąt omijając wielkie centra handlowe z całym ich harmidrem i pokusami. W domu więc przybyła tylko jedna dekoracja świąteczna - nieduża choineczka wykonana z białych piór, zwiewna i eteryczna ujęła mnie swoim wdziękiem.


Jak co roku króluje natomiast ona - zielona, żywa i pachnąca. Najpierw odstała trzy dni bez ozdób, bo musiałam się nacieszyć jej naturalną urodą, w końcu jednak obwiesiłam ją tradycyjnymi świecidełkami, by mogła pysznić się kolorami w promieniach słońca zaglądających rano przez okno.




Na balkonie prowadzę w tym roku stołówkę dla sikorek. Codziennie wykładam nową porcję słonecznika i mimo, że karmię je od połowy listopada, ptaszki nadal są bardzo nieufne i ostrożne, nie udaje mi się więc zrobić im ostrego zdjęcia. Jednak podczas weekendowych niespiesznych śniadań mogę podglądać, jak się skradają, by schwycić w dziobek kolejne ziarnko. Karmnik ustawiłam tak, by siedząc przy stole, mieć na niego dobry widok.


Boże Narodzenie, a wciąż na balkonie kwitną pojedyncze surfinie.



Żywa zieleń mchu przed klatką zaprasza na spacer.


Koniec roku spędziłam zwiedzając zakątki lubelszczyzny i smakując, smakując... :) Dobrze było pozostawić za sobą codzienne trudności i choć przez kilka dni odetchnąć swobodniej.


Lublin widziany przez okno restauracji żydowskiej Mandragora.


Wnętrze bardzo stylowe, przytulne i ciepłe, przemiła obsługa, pyszny, domowy podwieczorek i wiele inspiracji dookoła - uwielbiam takie chwile!


Poniżej świetny pomysł na oprawienie obrazu do podpatrzenia. Powyżej nocna szafeczka, niemal identyczna z pamiątkową po Babci, stojącą obecnie w mojej łazience.


Cudowny, słoneczny dzień w Nałęczowie.





Fragment drzwi w pałacu Małachowskich.





Wnętrze pijalni wód, przywołujące wspomnienia wakacji z dzieciństwa.






31 grudnia przyroda powitała nas porannym szronem.


Zamek w Janowcu nad Wisłą - vis a vis Kazimierza Dolnego.








Potężny krzew hortensji przed dworem w Janowcu - nigdy takiego nie widziałam!





Spotkaliśmy też świętego Mikołaja - prawdziwego, bo w stroju biskupim, a nie przebranego za krasnala.


Za Stary Rok dziękowaliśmy u stóp wizerunku Matki Boskiej w Klementowicach.


Nowy Rok powitaliśmy m.in. delektując się specjałami mojej ulubionej, kazimierskiej herbaciarni :)






A potem zapadł zmrok, a wraz z nim koniec sielanki - pora na drogę powrotną do domu i do codziennych zajęć. Głowa pęka od pomysłów i dobrych postanowień. Dlatego sobie i Wam i życzę, aby rok, który właśnie się rozpoczął przyniósł nam wiele okazji do realizacji marzeń i planów, do przeżywania satysfakcji z osiągniętych celów; życzę dni wypełnionych chęcią do działania, serc pełnych nadziei i wiary, ciepła płynącego z relacji z drugim człowiekiem, Bożego błogosławieństwa, a wszystkim ogrodomaniakom cudownego sezonu z odpowiednią dawką słońca i wody oraz zdrowia i sił do pracy :)