środa, 21 grudnia 2011

Pożegnanie jesieni

Jesień pożegnała nas ostatniego dnia kapką śniegu, który jutro już zniknie z ulic. Za oknem dominuje szarość, na świąteczne ozdoby jeszcze moim zdaniem za wcześnie, więc postanowiłam dzisiaj ucieszyć oczy wspomnieniem minionej, wyjątkowo pogodnej i kolorowej jesieni.

















W parowarze gotują się buraki na świąteczną ćwikłę, z kaloryferowej "suszarni" rozchodzą się aromaty suszonych jabłek i pomarańczy, a ja zamiast biegać ze ścierką w przedświątecznym szale postanowiłam powspominać jesień... bo piękna była :)) Przyznaję, że chwalę sobie bardzo przywilej mieszkania w klimacie umiarkowanym, gdzie wszystkiego mamy po trochu. Zimę też witam radośnie, bo lubię zmiany :) Poza tym jest to dla mnie przeważnie czas wytchnienia, zwolnienia, cieszenia się domem. I to też jest mi potrzebne. Przez te kilka zimowych miesięcy zdążę odpocząć i zatęsknić za działkową ławeczką, a raczej za intensywną pracą w ogrodzie - aby do wiosny :)
D.


czwartek, 15 grudnia 2011

Post Daniela - dzień siódmy: czyli dlaczego piszę o poście a nie o diecie

W Poście Daniela najbardziej zachwyca mnie dbanie o całego człowieka, jakim go Pan Bóg stworzył: o ciało, psychikę, duszę. Gdy spoglądam wstecz na te 3 lata udziału w konstancińskich rekolekcjach i kolejnych postach, widzę dużą zmianę -  kompas wartości jest coraz sprawniejszy, a ja staję się bardziej otwarta na współpracę z Bogiem w stwarzaniu mojego życia.


Zadziwia mnie to, jak oczyszczanie ciała wpływa na stan umysłu, napełnia pogodą i wewnętrzym pokojem. I nawet gdy Post się kończy, jego owoce wciąż dostrzegam w kolejnych dniach, tygodniach
To, że zasady Postu zostały oparte na Biblii (Księga Daniela) jest dla mnie bardzo ważne - nie jest to więc kolejna z dziesiątek modnych i przemijających diet, ale Boże wskazówki na temat służącego nam sposobu odżywiania, aktualne tak samo przed wiekami, jak i dziś. A może dziś jeszcze bardziej, gdy przyszło nam żyć w tak zanieczyszczonym środowisku? Czuję się dzięki temu obdarowana przez Boga i zaopiekowana. Żebym tylko była na co dzień w tych działaniach konsekwentna!


Ogromne znaczenie ma też dla mnie otoczenie, w którym przeżywam kolejne Posty: życzliwi ludzie zachęcający do wytrwałości, z których bogactwa wewnętrznego i mądrości można czerpać, piękno domu Pallotynów zatopionego w zieleni, rozbrzmiewającego gwarem rozmów i śpiewem ptaków, witających każdy nowy dzień, jakby chciały za ten kolejny dzień życia już od rana dziękować - tego też warto się od nich uczyć :)


Są tu też enklawy ciszy i spokoju, w których można rozmyślać i kontemplować Boga przed Najświętszym Sakramentem. Tutaj doświadczam bycia w zgodzie z sobą, w harmonii: nikt nie neguje moich potrzeb, ani nie oczekuje, bym swoje wartości pozostawiała wewnątrz kościoła.


Tutaj mogę poznawać siebie bez zakłamania. I to jest dobre, bardzo dobre. Tak naprawdę, to brakuje mi odpowiednich słów, by te doświadczenia opisać :)


Pozdrawiam,
D.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Pierniczkowa sobota

Przepis zapożyczony od Komarki, kilka par rąk chętnych do pracy, dobry nastrój i w miniony sobotni wieczór pierniczkowa linia produkcyjna została uruchomiona :)
Najpierw była rewia fartuszkowa - rzecz niecodzienna, bo choć kiedyś żadna gospodyni bez fartucha, fartuszka progu kuchni nie przestępowała, to obecnie mam wrażenie, że jest to produkt passe, chociaż może ostatnio nieco wraca do łask... co można zobaczyć np. na przedświątecznych jarmarkach.


Potem wałkowanie ciasta, które już od poprzedniego dnia leżakowało przygotowane w lodówce i najprzyjemniejsza dla mnie część pracy - wycinanie różnorakich kształtów:


Wkrótce po mieszkaniu rozszedł się apetyczny, korzenny zapach :)


A skoro w domu zapachy, to nasze brzuszki zaczęły się dopominać o posiłek. Na stół wjechała więc zupa z soczewicy, która miała być .... sałatką ;) Tak, tak, a wszystko to przez nieuwagę gospodyni, która zamiast stać nad garem, pozwoliła ziarenkom przybrać konsystencję raczej bezkształtną. Jednak po wspólnej naradzie zaprzyjaźnionych Kobietek, zebranych w ten pierniczkowy wieczór, soczewica została połączona z pozostałymi sałatkowymi składnikami (cebulka, papryka, pomidory, czpsnek, zioła i oliwa) i zagotowana. Wyszła więc nam niespodziewanie zupa gęsta, smaczna i pożywna, a do tego malowniczo kolorowa :)



Nie, nie , nie :) nie myślcie sobie, że to stefanka, czy inne ciastko z kremem - to kanapki z pumpernikla, które tylko udają słodkości (przełożone twarożkiem z avokado i czosnkiem przez naszą zdolną Koleżankę).
Tego wieczora chyba tylko pierniczki były tym czym miały być, nie udając niczego innego - przynajmniej sądząc po zapachu, bo jakoś żadna z nas do próbowania się nie rwała, toteż nienaruszone czekają na Święta.


Wśród babskich pogaduszek, wspomnień, opowieści świątecznych, lecz nie tylko, lukrowałyśmy kolejne partie pachnących pierniczków...


...w twórczym nieładzie ; )



Przysłowie, mówiące o tym, że "gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść" nie sprawdziło się, może z tej prostej przyczyny, że było nas cztery : ))) Ale przyznać muszę, że wspólne gotowanie przypadło mi do gustu, pomimo niewielkiej powierzchni kuchennej. Tak więc ogłaszam, że wprowadzam w domu moim nową tradycję - następne pierniczkowanie już za rok, bo radocha z tego naprawdę jest wielka :)



Dziękuję Wam, Dziewczyny, za ten czas. Miło mi będzie pomyśleć w wigilijny wieczór, że wieszacie na swoich choinkach to, co zrobiłyśmy wspólnie :)
Pozdrawiam,
D.